Zimą staję się przygnębiony...
mówi Jan Ciepłucha, miłośnik przyrody i potentat w produkcji rododendronów. Konstantynowianin ma jedno z największych w Polsce gospodarstw szkółkarskich. Znajduje się w trójce światowych producentów tych roślin.
W Konstantynowie przy ul. Górnej ma ponad 30-hektarowe gospodarstwo szkółkarskie. W biurze firmy wiszą dwie mapy, Polski i Europy. Obie upstrzone są kolorowymi pinezkami. Zaznaczono nimi miejscowości, do których docierają rośliny produkowane w gospodarstwie. Na mapie Polski nie ma wolnego miejsca.
Na mapie Europy pinezki tkwią w granicach Niemiec, Belgii, Holandii, Francji, Danii, Hiszpanii, Norwegii, Finlandii, Anglii, Estonii, Czech, Słowacji, Rosji, na Ukrainie, Litwie, Łotwie i Białorusi.
Wielkość produkcji Ciepłuchy to niemal 2 miliony sztuk roślin kwasolubnych. W głównej mierze są to rododendrony i borówka wysoka, zwana amerykańską. W ofercie znajdują się: rododendrony wielkokwiatowe (ok. 100 odmian), azalie silnie rosnące (ok. 40 odmian), azalie japońskie i inne rododendrony karłowe (ponad 60 pozycji), a także borówka wysoka (10 odmian), wrzosy i wrzośce (ok. 60 odmian) oraz magnolia, andromeda, pieris, kalmia i inne.
Nowym kierunkiem produkcji jest materiał iglasty szczepiony - są to jodły, sosny, świerki (ponad 60 pozycji). Czwartym działem produkcji są krzewy róż, tak do uprawy szklarniowej, jak i gruntowej.
- Mam jeszcze wrzosy i wrzośce – dodaje. - Ale z tej produkcji rezygnuję. Za tanio i za łatwo.
Bo Jan Ciepłucha stawia sobie poprzeczkę wysoko. Interesuje go tylko to, co trudne. Jego motto brzmi: Rób to, co trudne. Jak sobie poradzisz, osiągniesz sukces na rynku. Przekonał się o tym na własnej skórze.
Przed 22 laty pojawiło się zainteresowanie rododendronami w Polsce.
– Krzew bardzo trudny w hodowli, elitarny – opowiada. - Spróbowałem i wyszło.
A zaczęło się od wycieczki w góry. Z ówczesną narzeczoną (dziś żoną), absolwentką biologii Uniwersytetu Gdańskiego, pojechali do Wojsławic i znajdującego się nieopodal zamku Książ. Nie była to tylko romantyczna wycieczka. W Wojsławicach i Książu była największa polska kolekcja rododendronów.
- Zbieraliśmy nasiona i zasialiśmy je – wspomina.
Potem dowiedział się, że w laboratorium w Łodzi rozmnażają rododendrony in vitro. Zaryzykował. Wziął wszystko, co mieli.
Dziś produkuje rododendrony na 15 hektarach w szkółce przy ul. Górnej. Na 2 ha rośliny są pod osłonami. 13 ha zajmuje kontenerownia. Tak nazywa się teren, na którym ustawiono miliony krzewów w plastikowych doniczkach - kontenerach.
Przy produkcji zatrudnia ponad 100 osób na etatach. W sezonie znajdują tu pracę na umowę. Jak im płaci? Chyba dobrze, ale to ich trzeba by zapytać.
- Chciałbym płacić więcej, ale wtedy musiałbym podnieść cenę roślin – tłumaczy.
Zdaje sobie sprawę, że to niewdzięczna praca.
- Byłem przypadkowym świadkiem rozmowy przechodnia z moim pracownikiem - opowiada. - Człowiek zza płotu zazdrościł, że ma taką pachnącą pracę. Akurat zajmował się różami. A on spływał potem, bo koszulę miał zapiętą po samą szyję, długie rękawy i rękawiczki na dłoniach, żeby go kolce nie poraniły. Nie czuł chyba zapachu.
Jak doszedł do tego co ma? Zajmował się zawsze tym, co lubi, a najbardziej lubi przyrodę. Interesowała go od dzieciństwa.
- Odkryłem to wcześnie, jako mały chłopak – wspomina. – W pobliżu śmietnika znalazłem dziwną roślinę. Byłem ciekaw, skąd się tu wzięła, jak się nazywa.
Po latach znalazł ją w podręczniku. Okazało się, że Janka zachwycił bieluń dziędzierzawa (chwast silnie trujący).
Do szkoły średniej jeździł do Łodzi. Po drodze mijał park na Zdrowiu. Zdarzało się, że wysiadał z tramwaju, by przyjrzeć się drzewom, krzewom, roślinom.
Pochodzi z Józefowa Starego. Jego rodzice posiadali tam gospodarstwo. Ma sporą gromadkę rodzeństwa.
- Ale nikt z mojego rodzeństwa, tak brat jak i siostry, nie miał serca do ziemi. Któregoś dnia mama powiedziała do mnie tak: „Janek, jak się ty tym nie zajmiesz, to już nikt” - wspomina. - No i wziąłem się za robotę.
Miał morgę ziemi i 30 lat na karku. Na tym kawałku posadził pierwsze rośliny, to były krzewy róż.
– Sadziłem je z matką – opowiada. - Każdy krzew miałem w ręce. Kopałem dołek i obsypywałem ziemią. Było ich 2.000.
Starannie pielęgnowane odwdzięczyły się. W tamtych siermiężnych latach, gdzie wszystko, nawet kwiaty musiały być zakontraktowane, nie było ich na wolnym rynku, poszły jak świeże bułeczki.
- Z czasem doszedłem do 400.000 sztuk rocznie – dodaje.
W 1974 roku zainteresował się rododendronami i już tak zostało.
Wie, że uważają go za pedanta i przesadnie drobiazgowego. Ale on taki jest. Robi to, co potrafi i jak najlepiej potrafi. Tego samego wymaga od swoich pracowników.
- Nie jestem pracoholikiem – twierdzi. - Mam wolny czas. Ale zauważyłem, że zimą, kiedy nie ma co robić w szkółce, to cierpię.
Rzadko chodzi do kina czy teatru. W wolnym czasie dużo czyta o... przyrodzie. Dlaczego? Bo to go interesuje.
- Ja tak muszę i już... Takim mnie Pan Bóg stworzył – śmieje się.
Pieniądze są dla niego tylko wynikiem pracy. Zarabia je jakby przy okazji spełniania własnych zainteresowań. Nie są celem samym w sobie.
- Dodają pewności siebie i zwiększają poczucie bezpieczeństwa - mówi.
Nie wydaje na zachcianki. Jest nadal skromnym człowiekiem. Ze starej hondy przesiadł się do skody superb, bo auto musi być bezpieczne.
– Mam niewielkie wymagania – mówi. - Mało jem, co widać, ubieram się w największym markecie, czyli na rynku.
Zapewnia, że szanuje ludzi i nie ocenia ich po wyglądzie, ale po tym, co mają w głowie. Chciałby, żeby i jego tak postrzegano.
– Jestem człowiekiem spełnionym – mówi. - Zbudowałem dom, posadziłem drzewa, mam córkę. Studiuje biologię.
Jan Ciepłucha zamierza przekazać córce interes. Sam zajmie się wtedy przebudową lasu łęgowego. 3 lata temu zakupił podupadłe gospodarstwo szkółkarskie, 60 hektarów w Rzesznikowie w powiecie kołobrzeskim, gdzie rozwija produkcję i realizuje dzieło swoich marzeń - Leśny Park Krajobrazowy.
Grażyna Grabowska
Jego sposób na sukces:
Rób to, co lubisz.
Rób to najlepiej, jak potrafisz.
Rób rzeczy najtrudniejsze. Nie idź na łatwiznę.